Afrykamera: Rękopisy z Timbuktu
Afryka jest obszarem bez własnej historii, kultury, gdzie ład, porządek i cywilizację przyniosła europejska kolonizacja. Taki obraz Czarnego Lądu tkwi w świadomości Europejczyków. Jak się okazuje niesłusznie, gdyż w Timbuktu, pośród piasków największej pustyni świata, powstał naprawdę niezwykły kompleks naukowy. O ile uniwersytety muzułmańskie w krajach śródziemnomorskich nie powinny dziwić, wszak korzystały ze spuścizny Imperium Romanum, to miasto uniwersyteckie w głębi kontynentu jest rzeczą dużo bardziej zaskakującą.
Timbuktu powstało na przełomie XI i XII i szybko wzbogaciło się dzięki korzystnej lokalizacji. Przecinały się tam szlaki handlowe łączące basen morza śródziemnego z Afryką Środkową, gdzie znajdowały się kopalnie złota. Wraz z bogactwem przybyli intelektualiści, ci zawsze pojawiają się w dużych, dynamicznie rozwijających się ośrodkach. Przy meczetach powstały szkoły koraniczne, które z czasem przekształciły się w potężne centrum naukowe. W czasach świetności w tym mieście, liczącym 25000 mieszkańców, wszyscy potrafili czytać i pisać. Był to ewenement nie tylko na skalę kontynentu, ale i świata, na przykład Portugalia ma obecnie wskaźnik analfabetyzmu na poziomie 10,4%. Powstało wtedy przysłowie "Sól pochodzi z północy, złoto z południa, a słowo Boga i skarby mądrości z Timbuktu".
Materialnym dowodem dawnej świetności są rękopisy, spisane za pomocą alfabetu arabskiego, stanowią namacalne świadectwo, że Timbuktu było istotnym miejscem na naukowej mapie świata, nie ustępującym ówczesnym uniwersytetom europejskim. Liczbę manuskryptów przechowywanych w mieście, przy czym znakomita część znajduje się w prywatnych rękach, szacuje się na 150000. Zachowane teksty dotyczą wielu dziedzin wiedzy: filozofii, teologii, matematyki, astronomii, prawa koranicznego. Każda tamtejsza rodzina ma własną kolekcję rękopisów, traktuje ją jak skarb i dba by została zachowana dla następnych pokoleń. Dziś trwa walka o uratowanie "skarbów mądrości". Za pieniądze RPA powstał kompleks badawczo-digitalizacyjny mający za zadanie ocalić manuskrypty.
"Rękopisy z Timbuktu" to również historia Ahmeda Baby, tamtejszego mędrca, nieodwracalnie związanego z tym pustynnym miastem, wykształconego w Sankore (właściwa nazwa uczelni), który został uwięziony przez sułtana Maroka za twierdzenie, że napaść jednego państwa muzułmańskiego na drugie jest sprzeczne z Koranem. Jego losy portretują ostatnie dni chwały Timbuktu, które z powodu zmiany szlaków habdlowych upadło, a wraz z nim jedyny uniwersytet na południe od Sahary.
Czarna Afryka ma problem ze świadomością kulturową. Północ (zwłaszcza Maghreb), mimo różnego rodzaju konfliktów jest silnie skonsolidowana dzięki islamowi. W reszcie kontynentu dominują różne odłamy chrześcijaństwa, jednak po pierwsze zostały przyniesione przez Europejczyków, po drugie żadne z wielu wyznań nie dominuje. Budowanie wspólnej tożsamości nie jest tam możliwe na bazie religii. Naukowa spuścizna Timbuktu daje szansę na budowę nowej Afryki, o wspólnych celach i ideałach. To jedyna szansa na uniknięcie drugiego kolonializmu, wyrwania się z biedy.
Dzieło Zola'i Maseko nie jest złym dokumentem, mówi o czymś nieznanym, a ważnym, ale mam wątpliwości czy to dobry film. Twórcy za mocno skoncentrowali się na postaci Ahmeda Baby, a za mało powiedzieli o rękopisach.


MilkaStepien
Oglądałam na Fespaco w 2009 r., więc nie do końca wszystko pamiętam. Wydaje mi się jednak, że tak mało było o manuskryptach właśnie dlatego, że jeszcze są słabo zbadane i dopiero rozpoczęto proces ich zbierania - większość jest nadal pochowana w różnych skrzynkach w prywatnych domach. Zresztą mnie np. bardzo zaciekawił Baba jako postać i pamiętam, że dzięki temu mi się wydawało, że dodał ludzkiego oblicza do filmu, którego by brakowało, gdyby było tylko o manuskryptach. Poza tym, to ważne w kontekście tworzenia afrykańskiej dumy i poczucia pozytywnej tożsamości, aby pokazywać silne osobowości z przeszłości, też tej odległej, które zostały wypchnięte ze zbiorowej świadomości poprzez kolonizację, która twierdziła, że Afryka nie ma historii, kultury ani cywilizacji do czasu pojawienia się białych. Dlatego myślę, że Maseko właśnie na nim się skupił. Zresztą poprzedni jego film - "Drum" - też przedstawiał głównie postać Henry-ego Nxumalo i tylko w tle była pokazana jedna z najważniejszych gazet południowoafrykańskich, właśnie tytułowe "Drum", na łamach którego wypłynęło wielu znakomitych pisarzy czarnoskórych z RPA, więc może on tak po prostu ma, że się bardziej skupia na ludziach niż na papierzyskach ;)
inheracil
W takim razie nasze zainteresowania się rozminęły, bo w tym wypadku wolę papierzyska ;)
Rękopisy są czymś naprawdę wyjątkowym. Miasto nauki na środku pustyni, obecnie nie jest nawet cieniem dawnej chwały, ale wciąż ukryte są tam skarby mądrości. Można było z tego zrobić coś naprawdę pasjonującego (chociaż pewnie trzeba się nazywać Werner Herzog).
Historia Baby jest dość standardowa, zapewne bardzo ważna dla Afryki, ale dla mnie mało ciekawa. O ile część o manuskryptach oglądałem z zainteresowaniem, to tę o naukowcu z lekką irytacją. Czułem się jak w podstawówce na lekcji historii oglądając fabularyzowany dokument.
MilkaStepien
Wiesz... chodziłam do szkoły w Zambii... w systemie brytyjskim... i w szkole uczyli mnie i innych uczniów (byłam jedyna biała w klasie) o wielkich odkrywcach świata i o historii głównie Europy, m.in. o kolonializmie i o rozwoju cywilizacji europejskiej... a Afryka się pojawiała od momentu uzyskania niepodległości ;) Więc może i Baba jest mało ciekawy z perspektywy europejskiej, ale z perspektywy afrykańskiej.... To o nim właśnie uczniowie tam powinni się uczyć. Filmy afrykańskie są zresztą robione dla afrykańskiej widowni, a nie dla nas - my tylko voyuerystycznie je podglądamy na festiwalach :D. Myślę, że o samych manuskryptach będą jeszcze filmy, bo masz rację, że to może być fascynujące, kiedy zaczną je rozszyfrowywać - może nawet odmienić postrzeganie niektórych aspektów historii świata!
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook